- Znów miałam tan sam dziwny sen.- powiedziała do słuchawki ciemnowłosa dziewczyna łapiąc rozczesane włosy w kucyka.
- Ten co zawsze w pełnię?- usłyszała w słuchawce głos swojej przyjaciółki Cassidy.
- Mhm.- nałożyła na szczoteczkę trochę pasty.- Stoję na jakimś wieżowcu i skaczę z niego.
- Ale dlaczego miałabyś z niego skakać?- powiedziała połykając jakiś napój.
- Nie wiem.- odpowiedziała szorując zęby.- Po za tym...- wypluła pianę z ust.- Wyjeżdżam teraz z Nowego Jorku do kuzynów w góry więc...- wypłukała usta wodą.- Nie będę miała przez najbliższe parę tygodni możliwości stać na dachu jakiegokolwiek wieżowca.
- A co jeśli wieżowiec w tym śnie okaże się szczytem góry z której spadniesz?- zapytała Cassidy chrupiąc tosta.
- Nie wiem. Prawdopodobnie nie wejdę na żadną górę. Ciocia ma bzika na punkcie bezpieczeństwa.- dziewczyna wyszła z łazienki i zeszła na dół po drewnianych schodach.
- No to chyba nie masz czego się bać. Przyjedziesz do mnie przed wyjazdem? Moja mama mnie nie puści.
- Właśnie idę błagać mamę żeby mnie puściła.- zaśmiała się i przeszła przez przedpokój w stronę kuchni.
- To do zobaczenia. Pa.
- Do zobaczenia.
Rozłączyła się i weszła do kuchni. Pomieszczenie było jasne, ale nie za duże. Ściany były pomalowane na jasno kremowy kolor. Na środku kuchni znajdował się stół kuchenny, a koło niego bufet oddzielający kuchenkę, zmywarkę, zlew i kilka wiszących szafek od reszty kuchni. Po lewej stronie było nie za duże okno, które wychodziło na mini ogródek przed chodnikiem i ulicą. Na podjeździe stał zaparkowany Nissan Murano w odcieniu turkusowej szarości jak to określiły z Cassidy. Przy stole na wysokim taborecie z obiciem z czarnej skóry siedziała nie wysoka, szczupła kobieta. Włosy w odcieniu gorącej czekolady były złapane w niezdarnego koka. Kobieta miała na sobie luźną bluzkę w kolorze kawy z mlekiem i ciemnogranatowe dżinsy. Patrzała w telewizor stojący na bufecie i oglądała poranne wiadomości pijąc cappuccino. Odwróciła się w stronę wejścia, kiedy dziewczyna weszła do kuchni. Przyjrzała się córce swoimi niebieskimi oczami.
- Cześć Lucy.- powiedziała entuzjastycznie uśmiechając się do dziewczyny.
- Hej mamo. Jadłaś już śniadanie?- zapytała podchodząc do lodówki po mleko.
- Tak, za chwilę muszę jechać do miasta na zakupy. Masz już spakowane swoje rzeczy? O drugiej po południu masz samolot.- zapytała popijając ciepły napój.
- Tak. Już tydzień temu byłam.- zaśmiała się sięgając miskę i płatki czekoladowe.- Mogłabym iść do Cassidy jeszcze przed wyjazdem?
- Nie dasz mi spokoju jak się nie zgodzę, prawda?- śmiała się.
- Och mamo! Jak ty dobrze mnie znasz.- zaśmiała się wsypując płatki do miski.- Rozumiem, że się zgadzasz.
- Zgadzam, zgadzam.- zaśmiała się biorąc kolejny łyk cappuccino.- Tylko musimy wrócić przed pierwszą żebyśmy zdążyły na lotnisko.
- Dziękuję!- zawołała i objęła mamę za szyję przytulając przelotnie.
- Proszę. Ja już będę się zbierać do supermarketu. Po drodze muszę wstąpić do jakiegoś sklepu po sukienkę na jutrzejszy wieczór.- uśmiechnęła się rozmarzona, a jej oczy zaczęły błyszczeć.
- To jutro jest ten bal na który idziesz z tatą?- zapytała Lucy biorąc łyżkę płatków do buzi.
- Tak. Już nie mogę się doczekać.- uśmiechnęła się niczym mała dziewczynka, która ma dostać najfajniejszego kucyka na świecie.
- Szkoda, że nie mogę jeszcze na ten dzień zostać. Na pewno będzie tam mnóstwo osób ze szkoły i nie tylko.
- Ciocia Selena chciała żebyś przyjechała zaraz po rozdaniu świadectw. Dobrze, że udało mi się wyprosić u niej jeszcze weekend.- powiedziała kończąc cappuccino.- Podobno zaplanowała dla was wiele atrakcji.
- Mamo!- przewróciła oczami.- Ciocia Selena i rozrywka? Dobrze wiesz, że to jak ogień i woda. Denis i Paula do tej pory muszą zakładać wszystkie ochraniacze kiedy idą pojeździć na rolkach albo rowerze. Nie wolno nam wychodzić z domu po ósmej wieczorem.
- Ale to nie znaczy, że nie zaplanowała czegoś ciekawego. Może akurat ci się spodoba.- powiedziała biorąc torebkę z taboretu obok.
- Pewnie wujek wszystko zaplanował i wykłócił u cioci zgodę.- powiedział wstawiając miskę po płatkach do zlewu.
- Ale się zgodziła. To znaczy, że naprawdę chce żebyś się u niej dobrze bawiła.
- Muszę jakoś uwierzyć w jej dobre chęci.- uśmiechnęła się i chwyciła swoją torebkę.
- Skąd wiedziałaś, że ci pozwolę wyjść?- zapytała patrząc na córkę z uśmiechem.
- Bo wiem, że mnie kochasz.- zaśmiała się dziewczyna.
***
Ciemno turkusowy Nissan Murano wjechał na podjazd domu Cassidy.
- Mama już jest.- powiedział Lucy.
- O matko! Tak szybko?- zdziwiła się Cassidy.
- Już pierwsza po południu.- powiedziała Lucy spoglądając na zegarek.
- Będę za tobą strasznie tęsknić!- zawołała Cassidy podnosząc się z ziemi.
Obie siedziały na zielonym włochatym dywanie przy jej łóżku i jadły chipsy o smaku ziół włoskich. Pokój był w kolorze jasnej zieleni tak samo jak dywan na którym siedziały. Do pokoju weszła pani Fray. Była niewysoką, szczupłą blondynką o niebieskich oczach i jasnej cerze. Cassidy bez wątpienia odziedziczyła po niej urodę.
- Mama już po ciebie przyjechała.- powiedziała z uśmiechem.
- Już idę.- Lucy obejrzała się na przyjaciółkę i uśmiechnęła smutno.- To zobaczymy się dopiero za dwa miesiące.
- Pisz do mnie! Będę dzwonić co wieczór!- Cassidy rzuciła się na szyję Lucy.- O matko! Będę za tobą naprawdę bardzo tęsknić.
- Ja za Tobą też.- dziewczyna uśmiechnęła się lekko.
Na zewnątrz rozbrzmiał klakson. Obie przyjaciółki wybuchły śmiechem i jeszcze raz się pożegnały.
Podróż na lotnisko trochę czasu zajęła. Po przybyciu na miejsce Lucy pożegnała się z mamą i udała się na odprawę do samolotu. Gdy samolot nareszcie wystartował zasnęła.
zainteresowałam się. ^^
OdpowiedzUsuńCzekam na ciąg dalszy!
Coś się znajdzie ;D
Usuń